Lubię patrzeć na ludzi – 46

Lubię patrzeć na ludzi. Wielu z nich nie zauważa mnie, bo są zajęci swoimi sprawami, a ja czuję się przez to czasami niewidzialny. Z początku denerwowało mnie to uczucie. Pewnego razu jednak poszedłem nad staw ze świadomością ludzkiej obojętności wobec mnie, choć prawdopodobnie sam ją sobie wmówiłem. Teraz to wiem, lecz wtedy nie wiedziałem. Czasem tu przychodziłem, aby wyładować swój gniew, żal czy nadmiar emocji i puszczałem kaczki z kamieni po nieco brudnej tafli wody.

Było to 15 kwietnia 2022 roku, wziąłem do ręki trzy płaskie kamienie, pochłonięty myślami o ludzkiej obojętności, pośpiechu, kłótniach podczas spaceru albo robienia zakupów, i wtem, rzucając trzeci kamień w wodę tak, aby odbił się chociaż ze dwa razy od niej i pomknął jak poduszkowiec, przypadkiem trafiłem wynurzającą się z wody, pluskającą rybę. Wyglądało to z brzegu, jakby dostała w głowę i wraz z siłą kamienia pomknęła z powrotem do stawu. Zbladłem. Ręce zaczęły mi się trząść, nogi tak samo, aż musiałem usiąść. Zabiłem rybę, prawdopodobnie dostała w łeb z taką siłą, która obezwładniła ją na dobre, a w dodatku kamień był dosyć ostry.

Siedziałem tak chwilę, myśląc o rybie, kamieniu, zbiegu okoliczności. Uspokoiłem się trochę, lecz wciąż myślałem o tym zdarzeniu. Można powiedzieć: „Przecież to tylko ryba, chłopcze”. Tak, wiem, wiem; lecz szanuję przyrodę i życie ogólnie, nie tylko ludzkie, ale i innych stworzeń, choć nie jestem wegetarianinem.

Przypomniał mi się wiersz Leopolda Staffa, w którym człowiek spędzał rzęsę z rzeki na brzeg, a potem zawstydził się, że marnotrawi czas, a następnego dnia uświadomił sobie, że to wcale nie marnotrawienie czasu, lecz czynność, zajęcie, albowiem gdy się czemuś oddajesz, rób to najlepiej, jak potrafisz, bez względu na ludzkie osądy oraz pouczenia. I nagle pojawiła się kolejna myśl, tym razem bardziej namacalna, a raczej odczuwalna, mianowicie uznałem, że po prostu denerwowałem się na swoją „niewidzialność” dla innych, bo pchała mnie ku temu pycha i wyniosłość. Tak to poznałem swoje dwie wady charakteru.

Tego dnia, wracając do domu, wszedłem do księgarni, wyszukałem zeszyt, który najbardziej mi się podobał ze wszystkich innych, a co więcej był inny od wszystkich innych. Wieczorem podpisałem go czarnym cienkim markierem – OBSERWACJE.

Od tamtego czasu nie rozstawałem się z tym zeszytem. Siadałem sobie na ławce w rynku, czasem w parku i, obserwując ludzi, wymyślałem im historie, zapisując je w swoim kajecie. Zdarzało się też, że ktoś do mnie się przysiadł, pytając co tam piszę. „Dzieje świata” – odpowiadałem. Czasem rozmowa ciągnęła się dalej, a czasem ów jegomość uśmiechał się szyderczo, mówiąc: „zajmij się lepiej czymś pożytecznym”. Słuchałem również i tego z uwagą, słysząc w głosie osądzającego mnie, pychę.

Pewnego razu podszedł do mnie redaktor gazety lokalnej i spytał, co tam piszę. Odpowiedziałem, że losy naszej ludzkości, kręcącej się po parku, po rynku, po mieście, po sklepach, po deptaku… Niektórzy dreptali tam i z powrotem jako folklor małomiasteczkowego rynku. Wszędzie się tacy znajdą, jak trzeba to zaraz pomogą, jak trzeba to w mordę biją; lecz przeważnie wychylają gdzieś pokątnie flaszkę taniego alkoholu.

Ów redaktor zerkał na mój zeszyt, próbując coś w nim przeczytać, po czym spytał, czy moglibyśmy pogadać przy coli, kawie, herbacie.

– Trzeba się na coś zdecydować – odparłem. – Ja decyduję się na coca–colę.

– Bystrzacha – stwierdził redaktor, gładząc się po spiczastej brodzie.

Nie tylko był on redaktorem, ale też wyglądał jak prawdziwy redaktor, mówił jak redaktor, akcentując właściwe sylaby, i panie tego, miał specyficzną, panie tego, manierę w głosie. Trochę mi było głupio, gdy mówił do mnie, gdy siedzieliśmy z napojami przy stole restauracji „Pod papugami”.

– Panie tego, czy zechciałbyś pisać po jednej historii do każdego tygodnika lokalnej naszej, panie tego, gazety.

Odpowiedziałem, nieco go przedrzeźniając:

– Panie tego, z chęcią.

Uśmiechnął się sympatycznie, zrozumiawszy mój żart, a że był człowiekiem, który potrafił nabrać dystansu do siebie jak i do innych, nie obrażał się za takie rzeczy.

To kolejna cecha, która mi się spodobała i postanowiłem ją przyjąć również do siebie, uświadamiając sobie jej wagę w życiu dnia codziennego, odświętnego i każdego jednego, jakby rzekł wielebny, ksiądz Tomasz Okruszek, każdego Bożego dnia.

Nie pracowałem jeszcze nigdzie, za to muszę przyznać, że dosyć często wagarowałem (ale to już inna historia), dlatego było to pierwsze poważne zajęcie, za które otrzymywałem rekompensatę pieniężną od, panie tego, redaktora ze spiczastą brodą. Moje imię i nazwisko zaczęło się pojawiać co tydzień na szóstej stronie lokalnej gazety.

Cóż, jednak od tamtej pory coś się zmieniło, nie powiedziałbym, że na gorsze; jednak mój młodzieńczy czas jakby przyspieszył. Ludzie zaczęli mnie zauważać, gdy pisałem w kajecie, siedząc w rynku na ławce. Przed ławką w rynku redaktor w porozumieniu z władzami miasta, postawił stoliczek, gdzie oprócz zeszytu mieściła się również cola lub kawa i czasem jak, panie tego, przechodził, a ja wówczas pisałem albo patrzyłem albo… trzeba się przyznać, oglądałem pornosy w telefonie; stawiał mi kawę albo colę na stoliku, a czasem i do tego drożdżówkę.

Dziewczęta w klasie również stały się dla mnie milsze, od zawsze bowiem kiedy pamiętam, miałem trudności w nawiązywaniu relacji damsko-męskich. Niektóre, co to w przykrótkich spódniczkach chodziły, same chciały wskoczyć mi do łóżka, zagadując o słodyczach, rurkach z kremem i soczystych pierożkach. Ha! Życie jest takie nieprzewidywalne.

Miałem jednak na uwadze słowa mojej babci Eleonory: „Nie spiesz się, synek, na wszystko przyjdzie czas”. Miała rację. Tego dnia, gdy wydałem pierwszy zbiór swoich opowiadań, wieczorem zaprosiłem Aleksandrę, najpiękniejszą dziewczynę w całej szkole, na randkę. Szedłem wolnym krokiem, rozmyślając o tej dziewczynie, ciesząc się jednocześnie też, że nie uległem kusym spódniczkom powodowany niecierpliwością młodzieńczą. Ciało jest ciało, lecz jak głosi Pismo Święte, i jakby to powiedział wielebny, ksiądz Tomasz Okruszek: „Nie samym chlebem żyje człowiek”. Tego wieczora chciałem, by spotkało mnie coś, czego jeszcze w życiu nie przeżyłem. Dzięki nowym doznaniom i uczuciom, które się we mnie budziły, życie staje się piękniejsze i ciekawsze.

Autor: Marcin Urbański

Dawno dawno temu – 59

Dawno, dawno temu, kiedy czas był jeszcze młody, a wszechświat dopiero się formował, biały kamień myślał nad filozofią swojego życia, nad sensem swojego istnienia.

Nie bardzo wiedział, w którą stronę idą zmiany zachodzące dookoła. Czasem w oddali coś rozbłyskało jak wielka pochodnia. Biały kamień bał się wtedy, że to powrót smoka, którego jeszcze nie wymyślono…

Aby bardziej zrozumieć filozofię, a co za tym idzie byt białego kamienia, należy tutaj dodać, iż biały kamień wiedział o pewnych rzeczach, o bytach, które zaistnieją w przyszłości. Nie wiedział tylko o jednym… Nie było jeszcze wtedy nazw. Piasek nie nazywał się jeszcze piaskiem, choć biały Kamień wiedział, że to piasek. Wiedział tak dużo, że na tamten czas (na tamten jak i na ten i na każdy inny zapewne) mógłby z powodzeniem zostać profesorem nadzwyczajnym, zwyczajnym lub jakimkolwiek by chciał; mógłby również być profesorem Białym, profesorem Jedynym, profesorem Resorem czy innym Doktorem.

Wiedział o istnieniu dźwięków, bo przecież je słyszał. Naokoło w przestrzeni coś się poruszało, a wszystko miało swoje dźwięki, a nawet potrafiło zmieniać tonacje, w zależności od tego czy znajdowało się blisko Kamienia czy daleko. Kamień lubił dźwięki, właściwie z nimi tylko rozmawiał, oczywiście rozmawiał też ze sobą i ze sobą najlepiej się mu rozmawiało. Najlepiej z wszystkich, którzy go znali, rozumiał siebie. A prawda jest taka, może trochę dziecinna, zbyt odległa, nawet jak na dawne czasy; że Kamień znał tylko siebie samego i on sam tylko siebie znał. Miał tylko jednego kumpla, przyjaciela zarazem, spowiednika, towarzysza zabaw; miał tylko siebie.

* * *

– Jakie to smutne – powiedziała mała Ada ubrana w piżamkę pokrytą spadającymi gwiazdami, chowając jednocześnie twarz w dłoniach, gdy kilka tysięcy lat później, mama, a właściwie Pani Matka, wykształcona osoba, umiejąca czytać i pisać; czytała jej tę bajkę o powstającym wszechświecie.

Po przeczytaniu wieczornej dobranocki córce, Pani Matka nie zawsze pozwalała jej zasnąć od razu, musiała wpierw zadać kilka pytań, dotyczących danych zawartych w tekście; gdzie pojawiał się czasownik, rzeczownik, przymiotnik oraz jakie cechy określały głównego bohatera owej bajki.

– Jakie to smutne – wyszeptała Ada, gdy Pani Matka zamknęła książkę, akcentując tym zamykający się dzień i bezdyskusyjny nakaz spania. Jutro bowiem Pani Nauczycielka, wielce szanowna Pani Frauden ma pytać dzieci przy tablicy z podstaw języka migowego i poznanych w tym roku szkolnym roślin, kwitnących w ogrodzie szkolnym. Ogród ten był tam od zawsze od kiedy Ada pamięta, ale także od kiedy pamięta jej mama, tata, babka susząca zioła na sznurkach.

– Jakie to smutne być samemu na tym świecie, mamo, tak jak ten biały Kamień.

Chowając twarz w dłoniach rozpłakała się i poczuła się tak, jakby była odrzucona, odrzucona przez świat, przez ludzi, nawet przez Boga samego. Nie mówiła nic Pani Matce, bo wiadomo, że ta wezwałaby Ojca, doktora medycyny, wielce szanowanego Pana Kutasa, który czasem ze swojej przychodni, założywszy okulary z niebieskimi ramkami i zakładając pulowerek zamiast marynarki. udawał się do pacjenta lub do pacjentki. Pacjentki te miały zapewne dużo atrybutów kobiecości, lecz ich imiona: Andrzej, Łukasz, Tobiasz nie miały w sobie nic do zarzucenia, gdy Szanowny Pan Kutas badał Andrzeja stetoskopem po klatce piersiowej i podniebieniu.

* * *

„Podniebienie” – to słowo pomyślał Biały Kamień, gdy przypomniał sobie o istnieniu małej Ady, która za wiele wiele czasu, zostanie kochanką Białego Kamienia. Nie wiedział, jak to się stanie, ale przeczuwał, że tak właśnie się stanie, chociaż jak dotąd nawet nie wiedział, kim są ludzie.

„Dziwna historia” – zaszumiał słowami wiatr i jeszcze raz zaszumiał: „dziwna historia, naprawdę”. I ucichł. Kamień westchnął i już chciał się jakoś odnieść do tych zasłyszanych dźwięków, słów, myśli, gdy nagle wiatr znów świsnął, inaczej podrywając do lotu swój głos: „Ja też ją znam, dziwna historia, dziwna naprawdę”.

– Jak to ją znasz? – powiedział kamień – przecież ja jej nawet nie znam, chociaż mam ją poznać dosyć blisko. Wiem, że płakała, gdy myślała w przyszłości o mnie z przeszłości.

– Ja też ją znam, dziwna historia, dziwna naprawdę – odpowiedział wiatr i zapytał – A skąd ją znasz Biały Kamieniu? A skąd w ogóle ta pewność, że jesteś Białym Kamieniem, że jesteś jakiś wybrany, wszechwiedzący? Wszechświat powstaje, zobacz, a Ty? Może to ty jesteś właśnie tym wszechświatem, który powstaje z wyobrażonych myśli, odpadów, kurzu, który na tobie osiadł… Wybacz Biały Kamieniu, nie jesteś Wszechświatem. Tam w oddali, może zobaczysz, spójrz w lewo, widzisz literki? Jak ciągle wstają i upadają.

– Tak, tak – wytężył wzrok Kamień. – Bo chcą ułożyć alfabet, dlatego wciąż się przepychają i nie mogą dojść do porozumienia.

Wiatr aż przestał dmuchać, ucichł, oparł się o byt niczego nieokreślonego i zawisł tak w próżni, czekając jakby na wyjaśnienie, a przynajmniej tak to wyglądało; ale wyjaśnienie nie przychodziło.

– Hej, halo jesteś?

Nie słysząc odpowiedzi, ale przecież wciąż widząc ten wiatr, jakby za chwilę miał znów dmuchnąć szczyptę cwaniactwa, Kamień posmutniał. Oto przez chwilę, nie mierzoną w latach, dniach, tygodniach, wschodach słońca, które też nie zachodziło; przez tę chwilę miał kompana do rozmowy. Wiatr mówił, wzdychał i wywiewał niezrozumiałe a jednocześnie ciekawe słowa: „Literki”, „To bardzo dziwne, ja też ją znam, To bardzo dziwne…” Wiatr. Teraz ten sam wiatr, a może już inny zupełnie, jest tu, jest materią, nie rusza się, nie oddycha.

Biały Kamień nigdy nie ukazywał swoich uczuć, a przynajmniej nikt, oprócz jednej osoby w całym Wszechświecie, nie widział w nim, w Białym Kamieniu ani łzy, ani śmiechu, ani złości, ani nic, po prostu nic. Masz twarz jak kamień, jak biały kamień. Nie widać w tobie nic, żadnych uczuć, żadnych emocji, jesteś totalnie bez serca…

Tymczasem kamień, słysząc te słowa, nie wiedział nawet, czy przeżyje, czy przeżyje te wszystkie uczucia, które rwą się ku światu, ale nie mają którędy wyjść – tak jak emocje. Kamień bardzo cierpiał, lecz nikt o tym nie wiedział, bo i kogo to obchodziło, skoro każdy przepychał się, by stanąć tylko na czele alfabetu; by najważniejsze miejsce zająć we Wszechświecie. Myślały rzeczy, że gdy zajmą tę „wywalczoną”, „konieczną”, „niepodważalną” pozycję we Wszechświecie, wszyscy inni będą im poddani, a żadne uczucia, emocje, żadne nic, żadne tam „boli mnie”, „źle się czuję”, „pomóż proszę”, „chcę być częścią twojego Wszechświata” – żadne takie tam mruczenia i marudzenie nie miało mieć miejsca w tych niezachwianych pozycjach swoich racji. Kamień bardzo cierpiał. Tym bardziej, że był chyba jedynym istniejącym bytem w tym wszechświecie rzeczy, który sobie uzmysławiał jedną prawdę pozycji nienaruszonych. Przecież każda Pozycja i każda Rzecz miała swoją prawdę. I chociaż rzeczy rozlokowały się wygodnie na swoich kanapach, fotelach, gwiazdach, planetach, mrugających światłach, to po pewnym czasie, nieokreślonym przez lata, dni, noce, zachody słońca – lecz określone jedną myślą – prawdy te zaczęły upominać się o swoje racje. Robiło się coraz głośniej, nieprzyjemniej, kłopotliwiej, gdy prawdy zaczęły upominać się o swoje racje. „Tak właśnie będą upominać się ludzie o swoje »prawdy«” – pomyślał Kamień, Biały Kamień. I wiedział już, że tak będzie. Określała to jedna myśl Białego Kamienia, a właściwie to myśl wszechobecna i wszech bezsenna, myśl tworzącego się wszechświata – śmierć.

Kamień aż zaczął się pocić, gdy dokonał tego odkrycia, patrząc na wiatr, zastygły w bezistnieniu. Mówił do niego:

– Przyjacielu, powiedz coś.

A tamten milczał, jakby zamyślił się nad tworzącym hierarchię ważności alfabetem. ALFABET.

* * *

Pani Frauden pyta o alfabet migowy. Pani Frauden nie znosi sprzeciwu, jest dominą w zwierzęcym świecie seksu i narkotyków. Każdy, kto przekracza próg wolności, zmierzający ku Pani Frauden, musi znać alfabet migowy. A przecież w odległym Wszechświecie nie było żadnej Pani Frauden, żadnego języka migowego, żadnego alfabetu, żadnej amunicji, sztuk walki. Były jednak prawdy podzielone. Ile prawd, tyle przestrzeni. I oto Pani Frauden wybrała sobie jedną z nich, i zawładnęła nią, tak jak włada się nożem, pełnym portfelem pieniędzy i rachunkiem bez salda końcowego w Banku Millennium. Pani Frauden to dopiero początek kar, początek amunicji, początek wycinki lasów na Ziemi.

* * *

Biały Kamień rzeczywiście za długo zamyślił się nad tworzącym hierarchię ważności alfabetem; mógł przecież spytać Jana Brzechwy, który akurat dyrygował wpadającymi w przestrzeń Wszechświata, elementami czasu. Nie mamy teraz czasu na to by je nazywać, wszystko działo się tak szybko…

Wszystko działo się tak szybko, że grabarz, nawet nie wiedząc o tym, że począł nosić nazwę grabarza , powiedział do Białego Kamienia:

– Kolego, ten wiatr to tu sobie nie pohula.

* * *

Rzeczywiście, ziemia przykryła zamknięte wieko trumny i chociaż gdzieś nad głowami szeleściły liście, Ada żegnała łzą płynącą po policzku swoją babcię, jedyną przyjaciółkę, jaką miała w dziecięcym życiu.

Babcia zostawiła Adzie czarną sakiewkę, z zawieszonym rzemykiem, tak iż można było ją nosić jako amulet, jako ozdoba, jako pamiątka. W sakiewce tej znajdował się Biały Kamień, który krył w sobie tyle tajemnic, że Babcia jako praprawnuczka Wszechświata nie ośmieliłaby się go przekazać ani Pani Matce, ani Panu Doktorowi Kutasowi, ani kolekcjonerowi szlachetnych kamieni, który widział w nich tylko, a na pewno przede wszystkim pieniądz, który zaczął rządzić światem, odkąd grabarz przyjął pierwsze zlecenie.

Ada po raz pierwszy założyła na szyję czarną sakiewkę, w której znajdował się Biały Kamień, w dniu pogrzebu babuni. Babcia to stara kobieta, która, wydawałoby się, że przez cały czas była babcią. Babcia, ta stara kobieta, mówiła Adzie, że czas tak naprawdę nie jest ważny, najważniejsze jest to, jak bije nasze serce. Opowiedziała też historie o Białym Kamieniu, któremu wmawiano, że nie ma serca. „Jesteś bez serca” – mówili – „bez serca…”. A on wtedy tak strasznie cierpiał, a legenda Wszechświata głosi, że i płakał.

Tej nocy Adzie śnił się Biały Kamień, kąpiący się w górskim strumieniu. Początek snu był bardzo przyjemny, wiał delikatny wietrzyk, przez korony drzew przeświecały ciepłe, jasne promienie słońca. Nagle jednak wiatr gdzieś uleciał, nastała cisza. Słychać było tylko, jak bystra woda opłukuje Biały Kamień z kurzu, pyłu brudu; a on staje się jakby coraz bardziej Biały, jakby coraz bardziej ludzki.

Ada miewała ten sam sen kilka razy do roku, przeważnie jesienią lub gdy zmieniała się pora roku albo ktoś z jej bliskich odchodził z tego świata.

Z czasem, gdy we śnie podchodziła do kamienia, zanurzając bose stopy w strumieniu, coraz wyraźniej słyszała bicie serca dochodzące z wnętrza kamienia.

Historia, historią.

Uczucie, uczuciem.

A prawda…

Autor: Marcin Urbański

Księga zaklęć – 30

Księga zaklęć cierpliwie czekała na partnera, który ją dopełni. Wiedziała, że jej olbrzymi potencjał może ujawnić się tylko przy właściwej osobie. Dokładnie więc przyglądała się biorącym ją do ręki czytelnikom.

– Tak, tak – na pytania, gdzie miała oczy, jak to możliwe, przecież to zupełne wariactwo…

Dzwońcie pod 112 z dopiskiem: „Poproszę z odziałem psychiatrycznym”.

– Nie ma odpowiedzi. Nie ma odpowiedzi, proszę Państwa na wiele pytań. Pytacie Państwo na jakie? Nie jesteśmy przecież w przedszkolu, tylko w antykwariacie.

– Raczej w muzeum makulatury i to w dodatku dla debili! – Zabrał głos z wielkim entuzjazmem jegomość senior w znoszonej, acz eleganckiej marynarce w kratkę, wywijając przy tym trzymaną grzecznie przy sobie do tej pory laską, co przy okazji spowodowało, że pani Gosi, uchodzącej za najinteligentniejszą w Domu Seniora „Cisza słów”, spadły na podłogę okulary, gdy staruch przez pomyłkę (lub nie przez pomyłkę, czort to wie, co robią sfrustrowani ludzie, którzy pozjadali wszystkie życiowe rozumy, jako najstarsze żyjące jeszcze pokolenie) zahaczył o nie swoim kijem.

– Ojej, ojjejjj, ojjeeejjj! – wykrzyczała pani Gosia swoje trzy magiczne słowa, które jak zgłosiła rodzina, zwiastowały rychło nadciągające kłopoty w postaci ataku paniki.

Każde „Ojej!” – wypowiadane było dłużej, głośniej, a trzecie z kolei zamieniało się już w krzyk. Staruch więc, porzuciwszy swoją laskę w przestrachu, padł na kolana i razem z panią Gosią jął na czworakach przemierzać małą przestrzeń podłogi dookoła siebie, macając wszystko po kolei. Gdy się zderzyli czołami w uśmiechu, robiąc psikus, cyrk i nie byle jaki popis, jak dzieci, rodzicom, staruch niby przez przypadek pomacał jeszcze cycki pani Gosi, na co ona z uśmiechem odpowiedziała:

– Mam już, Romku. Dziękuję za czworakowanie i poszukiwanie.

Pan Romek to taka trochę chodząca zagadka dla przyglądającego się jemu, jak i całej grupie tych sfatygowanych życiem (a jeśli nie życiem to czasem) ludzi, stażysty sanitariusza, który nota bene studiował dodatkowo psychiatrię.

Pan Romek i pani Gosia stanowili w jego oczach jakby duet, ona z tym swoim: „Ojej! Ojjejj! Ojjeeejjj!”; a on z wywijającą laseczką, którą zawsze o coś zahaczył, coś tłukł, czy coś… Jednym słowem mówiąc – rozrabiał. Z panią Gosią musiała, w oczach owego Cyryla stażysty, łączyć go jakaś zażyłość, raczej nie było to pokrewieństwo rodzinne, bo i dokumenty na nic takiego nie wskazywały. Jednak stażysta Cyryl, przyglądając im się coraz bardziej, był bliski przekonaniu, że wcale nie są oni tak ułomni, niepełnosprawni i chorzy jak przedstawiono to w dokumentach, podając za główny powód ich chorób demencję starczą. Pan Romek zawsze w sytuacjach powszechnego zamieszania wiedział, w którą stronę rączkę wyciągnąć, by panią Gosię za pierś „przypadkiem” złapać, czy musnąć ją między udami.

Cyryl pomyślał wtedy, że w AntyWariacie warto by prześledzić pod kątem fachowej psychiatrycznej literatury przypadki udawanej demencji starczej. Postanowił też, iż zrobi lekki wywiad, niby z ciekawości, dotyczący przeszłości pana Romka, bo ten jak nic urządzał cyrk na kółkach, chowając się za szyldem Domu Seniora „Cisza słów”. Zapewne niejednemu doświadczonemu reżyserowi przebiegłby teraz obraz filmu, gdzie staruszek, dokonawszy jakiejś zbrodni, zaszywa się tam, gdzie nikt nie będzie go szukał, ba, mało powiedziane – gdzie nikt nie ośmieli się rzucić podejrzenia na staruszka wymachującego swą laską, jako że demencja starcza to nie zabawa w chowanego, lecz choroba schyłku życia, która często pozostawiona sama sobie potrafi wyprowadzić biednego staruszka na tory kolejowe wprost pod światła zbliżającego się pociągu.

– Czy widzisz światełko w tunelu? Tak, widzę światełko w tunelu.

Ach, życie, na świat rwące się z łona matki maleństwo, oślepia światło lampionów szpitalnych… I światło, światło, światło… Symbol życia, przemijania, nadziei, śmierci i zmartwychwstania. Tak jest, zmartwychwstania samego, co to chwałą Jezusa Chrystusa zostało przypisane w dziejach wiary oraz historii. Światło, światło, światło.

– Otóż tutaj, w tej księdze, jak i w wielu innych księgach, Szanowni Państwo, pojawia się symbol światła.

– Eureka, brawo Ty.

Cyryl zerka na miny państwa starszych wsłuchujących się już grzecznie i z uwagą w słowa przewodnika i znawcy literatury. Miny państwa starszych wykazują nagle wielkie zainteresowanie, a oni sami z wielką powagą chłoną zasłyszane słowa.

– Symbol światła to symbol życia, symbol urodzaju, symbol piękna.

W tej Księdze Zaklęć, przy omawianiu której przed chwilą (jakie przed chwilą, od tamtego czasu zdążyło rozegrać się już całe przedstawienie w Domu „Słowa Ciszy”), tak dwuznacznie, a jednocześnie mocnym akcentem zażartowaliśmy, główną mocą jest światło.

I nagle, jakby na zawołanie, jakby cały ten zbieg zdarzeń był wyreżyserowany, lampka oświetlająca niewielkie pomieszczenie z jedną wyeksploatowaną i wyściełaną bardzo precyzyjnie ułożonymi książkami w twardych, pozłacanych okładkach, komodą – gaśnie. Najpierw całkiem, co nie uchodzi ciszy bez echa. Potem jakby żarówka zastanawiała się, czy rozświetlić się znowu, więc przewodziła przepływ prądu niejednostajnie, to gasząc, to rozświetlając na przemian swoje pręciki. Światło. Światło.

Był wierszyk, był w szkole, bardzo łatwo, pstryk i światło…

– Potem pstryknąć jeszcze raz…

– Pani Gosiu, co się dzieje, co się dzieje?!

– I wnet mrok otoczy nas!

– Pani Gosiu, pani Gosiu, halo!!! Słyszy mnie pani?

– A księga zaklęć zawsze otwarta w połowie.

– Pani Gosiu, o czym pani mówi? Czy coś się pani przyśniło?

Od śmierci pana Romka, pani Gosia miewała często takie sny. Śni jej się wielka gala, oświetlona tysiącem migających żarówek, w tle jakby przez orkiestrę słychać było przepływający prąd. Nikt nie zastanawia się, dlaczego tak jest, dlaczego prąd ten przepływa w światło jak dźwięk smyczków sunących po strunach altówek, skrzypiec i kontrabasu. Kontrabas daje najwięcej światła, najwięcej prądu przez niego przepływa. Wtedy też pani Gosia wchodzi na podium zdejmując z siebie lekką narzutkę, mocno czerwonego koloru, pod którą nie ma podkoszulki, żadnej halki, żadnego biustonosza. W dźwiękach migoczących żarówek odsłaniają się w pełni jej młodzieńcze piersi, tak, młodzieńcze piersi, na tle naznaczonego zmarszczkami ciała; piersi nieskazitelnej urody. Na podium odbiera statuetkę złotej księgi zaklęć.

– Czy to jakiś sabat, zlot czarownic…? – pyta we śnie, a może i na jawie, pani Gosia.

– Nie, to młodość – odpowiada księga.

„Wszystko dzieje się w tak nierzeczywistym czasie, w czasie, który jest zawsze, który zawsze był i zawsze będzie” – te słowa czyta autorka swoim wielbicielom, którzy na stojąco biją brawo, ubrani jak postacie z różnych filmów, kabaretów, a nawet z różnych okresów historii – król, dworzanin, parobek, kat, służący i błazen. Och, nie sposób wymienić ich wszystkich, ale to nie jest ważne. Najważniejsze, że spośród nich wszystkich wynurza się pan Romek. Ubrany zwyczajnie jak to on, w kapeluszu ze swoją laską, którą zaraz zacznie wymachiwać w stronę pani Gosi, by pochwycić jej piersi w poszukiwaniu swojej laski.

– To dla ciebie, Romku. Dla ciebie piszę w czasie nierzeczywistym, w czasie który jest, który był, i który będzie; który będzie już zawsze. Nasze zaklęcie, któremu na imię (głos partii smyczkowych, prądu przepływającego w strunach wszelkich pieśni, milknie na moment, by łagodnie za chwilę znów powrócić) MIŁOŚĆ, było, jest i będzie; będzie już na zawsze.

– Defibrylator, Cyrylu szybko, szybko. Ładuj. Jeszcze raz, nie mamy jej. Jeszcze, kurwa, jeszcze raz! Szybko! Szybko!

„A księga życia zawsze otwarta w połowie…”

Autor: Marcin Urbański

* W opowiadaniu został przytoczony cytat wiersza Wisławy Szymborskiej „A księga życia zawsze otwarta w połowie”.