Księga zaklęć cierpliwie czekała na partnera, który ją dopełni. Wiedziała, że jej olbrzymi potencjał może ujawnić się tylko przy właściwej osobie. Dokładnie więc przyglądała się biorącym ją do ręki czytelnikom.
– Tak, tak – na pytania, gdzie miała oczy, jak to możliwe, przecież to zupełne wariactwo…
Dzwońcie pod 112 z dopiskiem: „Poproszę z odziałem psychiatrycznym”.
– Nie ma odpowiedzi. Nie ma odpowiedzi, proszę Państwa na wiele pytań. Pytacie Państwo na jakie? Nie jesteśmy przecież w przedszkolu, tylko w antykwariacie.
– Raczej w muzeum makulatury i to w dodatku dla debili! – Zabrał głos z wielkim entuzjazmem jegomość senior w znoszonej, acz eleganckiej marynarce w kratkę, wywijając przy tym trzymaną grzecznie przy sobie do tej pory laską, co przy okazji spowodowało, że pani Gosi, uchodzącej za najinteligentniejszą w Domu Seniora „Cisza słów”, spadły na podłogę okulary, gdy staruch przez pomyłkę (lub nie przez pomyłkę, czort to wie, co robią sfrustrowani ludzie, którzy pozjadali wszystkie życiowe rozumy, jako najstarsze żyjące jeszcze pokolenie) zahaczył o nie swoim kijem.
– Ojej, ojjejjj, ojjeeejjj! – wykrzyczała pani Gosia swoje trzy magiczne słowa, które jak zgłosiła rodzina, zwiastowały rychło nadciągające kłopoty w postaci ataku paniki.
Każde „Ojej!” – wypowiadane było dłużej, głośniej, a trzecie z kolei zamieniało się już w krzyk. Staruch więc, porzuciwszy swoją laskę w przestrachu, padł na kolana i razem z panią Gosią jął na czworakach przemierzać małą przestrzeń podłogi dookoła siebie, macając wszystko po kolei. Gdy się zderzyli czołami w uśmiechu, robiąc psikus, cyrk i nie byle jaki popis, jak dzieci, rodzicom, staruch niby przez przypadek pomacał jeszcze cycki pani Gosi, na co ona z uśmiechem odpowiedziała:
– Mam już, Romku. Dziękuję za czworakowanie i poszukiwanie.
Pan Romek to taka trochę chodząca zagadka dla przyglądającego się jemu, jak i całej grupie tych sfatygowanych życiem (a jeśli nie życiem to czasem) ludzi, stażysty sanitariusza, który nota bene studiował dodatkowo psychiatrię.
Pan Romek i pani Gosia stanowili w jego oczach jakby duet, ona z tym swoim: „Ojej! Ojjejj! Ojjeeejjj!”; a on z wywijającą laseczką, którą zawsze o coś zahaczył, coś tłukł, czy coś… Jednym słowem mówiąc – rozrabiał. Z panią Gosią musiała, w oczach owego Cyryla stażysty, łączyć go jakaś zażyłość, raczej nie było to pokrewieństwo rodzinne, bo i dokumenty na nic takiego nie wskazywały. Jednak stażysta Cyryl, przyglądając im się coraz bardziej, był bliski przekonaniu, że wcale nie są oni tak ułomni, niepełnosprawni i chorzy jak przedstawiono to w dokumentach, podając za główny powód ich chorób demencję starczą. Pan Romek zawsze w sytuacjach powszechnego zamieszania wiedział, w którą stronę rączkę wyciągnąć, by panią Gosię za pierś „przypadkiem” złapać, czy musnąć ją między udami.
Cyryl pomyślał wtedy, że w AntyWariacie warto by prześledzić pod kątem fachowej psychiatrycznej literatury przypadki udawanej demencji starczej. Postanowił też, iż zrobi lekki wywiad, niby z ciekawości, dotyczący przeszłości pana Romka, bo ten jak nic urządzał cyrk na kółkach, chowając się za szyldem Domu Seniora „Cisza słów”. Zapewne niejednemu doświadczonemu reżyserowi przebiegłby teraz obraz filmu, gdzie staruszek, dokonawszy jakiejś zbrodni, zaszywa się tam, gdzie nikt nie będzie go szukał, ba, mało powiedziane – gdzie nikt nie ośmieli się rzucić podejrzenia na staruszka wymachującego swą laską, jako że demencja starcza to nie zabawa w chowanego, lecz choroba schyłku życia, która często pozostawiona sama sobie potrafi wyprowadzić biednego staruszka na tory kolejowe wprost pod światła zbliżającego się pociągu.
– Czy widzisz światełko w tunelu? Tak, widzę światełko w tunelu.
Ach, życie, na świat rwące się z łona matki maleństwo, oślepia światło lampionów szpitalnych… I światło, światło, światło… Symbol życia, przemijania, nadziei, śmierci i zmartwychwstania. Tak jest, zmartwychwstania samego, co to chwałą Jezusa Chrystusa zostało przypisane w dziejach wiary oraz historii. Światło, światło, światło.
– Otóż tutaj, w tej księdze, jak i w wielu innych księgach, Szanowni Państwo, pojawia się symbol światła.
– Eureka, brawo Ty.
Cyryl zerka na miny państwa starszych wsłuchujących się już grzecznie i z uwagą w słowa przewodnika i znawcy literatury. Miny państwa starszych wykazują nagle wielkie zainteresowanie, a oni sami z wielką powagą chłoną zasłyszane słowa.
– Symbol światła to symbol życia, symbol urodzaju, symbol piękna.
W tej Księdze Zaklęć, przy omawianiu której przed chwilą (jakie przed chwilą, od tamtego czasu zdążyło rozegrać się już całe przedstawienie w Domu „Słowa Ciszy”), tak dwuznacznie, a jednocześnie mocnym akcentem zażartowaliśmy, główną mocą jest światło.
I nagle, jakby na zawołanie, jakby cały ten zbieg zdarzeń był wyreżyserowany, lampka oświetlająca niewielkie pomieszczenie z jedną wyeksploatowaną i wyściełaną bardzo precyzyjnie ułożonymi książkami w twardych, pozłacanych okładkach, komodą – gaśnie. Najpierw całkiem, co nie uchodzi ciszy bez echa. Potem jakby żarówka zastanawiała się, czy rozświetlić się znowu, więc przewodziła przepływ prądu niejednostajnie, to gasząc, to rozświetlając na przemian swoje pręciki. Światło. Światło.
Był wierszyk, był w szkole, bardzo łatwo, pstryk i światło…
– Potem pstryknąć jeszcze raz…
– Pani Gosiu, co się dzieje, co się dzieje?!
– I wnet mrok otoczy nas!
– Pani Gosiu, pani Gosiu, halo!!! Słyszy mnie pani?
– A księga zaklęć zawsze otwarta w połowie.
– Pani Gosiu, o czym pani mówi? Czy coś się pani przyśniło?
Od śmierci pana Romka, pani Gosia miewała często takie sny. Śni jej się wielka gala, oświetlona tysiącem migających żarówek, w tle jakby przez orkiestrę słychać było przepływający prąd. Nikt nie zastanawia się, dlaczego tak jest, dlaczego prąd ten przepływa w światło jak dźwięk smyczków sunących po strunach altówek, skrzypiec i kontrabasu. Kontrabas daje najwięcej światła, najwięcej prądu przez niego przepływa. Wtedy też pani Gosia wchodzi na podium zdejmując z siebie lekką narzutkę, mocno czerwonego koloru, pod którą nie ma podkoszulki, żadnej halki, żadnego biustonosza. W dźwiękach migoczących żarówek odsłaniają się w pełni jej młodzieńcze piersi, tak, młodzieńcze piersi, na tle naznaczonego zmarszczkami ciała; piersi nieskazitelnej urody. Na podium odbiera statuetkę złotej księgi zaklęć.
– Czy to jakiś sabat, zlot czarownic…? – pyta we śnie, a może i na jawie, pani Gosia.
– Nie, to młodość – odpowiada księga.
„Wszystko dzieje się w tak nierzeczywistym czasie, w czasie, który jest zawsze, który zawsze był i zawsze będzie” – te słowa czyta autorka swoim wielbicielom, którzy na stojąco biją brawo, ubrani jak postacie z różnych filmów, kabaretów, a nawet z różnych okresów historii – król, dworzanin, parobek, kat, służący i błazen. Och, nie sposób wymienić ich wszystkich, ale to nie jest ważne. Najważniejsze, że spośród nich wszystkich wynurza się pan Romek. Ubrany zwyczajnie jak to on, w kapeluszu ze swoją laską, którą zaraz zacznie wymachiwać w stronę pani Gosi, by pochwycić jej piersi w poszukiwaniu swojej laski.
– To dla ciebie, Romku. Dla ciebie piszę w czasie nierzeczywistym, w czasie który jest, który był, i który będzie; który będzie już zawsze. Nasze zaklęcie, któremu na imię (głos partii smyczkowych, prądu przepływającego w strunach wszelkich pieśni, milknie na moment, by łagodnie za chwilę znów powrócić) MIŁOŚĆ, było, jest i będzie; będzie już na zawsze.
– Defibrylator, Cyrylu szybko, szybko. Ładuj. Jeszcze raz, nie mamy jej. Jeszcze, kurwa, jeszcze raz! Szybko! Szybko!
„A księga życia zawsze otwarta w połowie…”
Autor: Marcin Urbański
* W opowiadaniu został przytoczony cytat wiersza Wisławy Szymborskiej „A księga życia zawsze otwarta w połowie”.