Młoda kobieta – 478

Młoda kobieta zatrzymała się i z wahaniem popatrzyła na szyld nowego lokalu – „Klub Anonimowych Księżniczek – Zapraszamy”. Rozejrzała się niepewnie. Nikt nie zwracał na nią uwagi, więc trochę śmielej otworzyła drzwi i weszła śmiało. Nie bała się zmian, a czuła, że właśnie one zaistnieją w jej życiu, gdy zapisze się do Klubu Anonimowych Księżniczek.

Autor: Ewa Damentka

Zakurzony samochód – 3

Zakurzony samochód stał na parkingu. Równomiernie pokryty szarym pyłem nie wyróżniał się, wręcz wtapiał się w tło, jednak uważny obserwator zauważył, że od wielu dni nikt nim nie jeździ. Pomyślał, że właściciel samochodu nagle zmarł lub wyjechał daleko za granicę. Szkoda mu było tylko, że zostawił samochód na pastwę losu. Przecież ktoś mógłby go ukraść.

dla Jurka napisał Sokolik

Kustosz z zainteresowaniem – 65

Kustosz z zainteresowaniem przyglądał się dużej paczce, która właśnie została dostarczona do muzeum. Było na niej wiele kolorowych naklejek i dużo pocztowych stempli – jakby przewędrowała pół świata.

Otworzył ją i zobaczył, że w środku jest wszystko, co ktokolwiek chce tam zobaczyć. Kustosz widział delfiny pływające na wolności, szczęśliwe, beztrosko przemierzające ocean.

Autor: Gwiazdeczka

Zakurzony samochód – 2

Zakurzony samochód stał na parkingu. Równomiernie pokryty szarym pyłem nie wyróżniał się, wręcz wtapiał się w tło, jednak uważny obserwator Mógł dostrzec przez zamazane szyby jego niezwykłe wnętrze. Było luksusowe. Na tle przeciętnego, brudnego auta wyglądało jak fotomontaż. Trudno było uwierzyć, że stanowią jedność. Ciekawe było, czy ktoś celowo ukrywał je przed światem pod maską lichego auta.

Autor: Gwiazdeczka

Turkot kołowrotka – 29

Turkot kołowrotka był cichutki. Niewiele osób go słyszało, a z nich mało kto zatrzymywał się, żeby zajrzeć do jaskini, w której przędła się jego osobista nić życia, która przywoływała go delikatnie, jakby chciała powiedzieć: „Jestem. Zobacz mnie i doceń. Jestem tu dla ciebie”. Niewiele osób słyszało to wezwanie, a jednak nawet ci, który nie byli jego świadomi, często przystawali przy wejściu do jaskini. Rozglądali się dookoła i uśmiechali. Potem rozluźnieni wędrowali dalej. A nić ich życia nadal nawijała się na motek, a kołowrotek pracował pełną parą bez chwili wytchnienia.

Autor: Ewa Damentka

Lubię patrzeć na ludzi – 46

Lubię patrzeć na ludzi. Wielu z nich nie zauważa mnie, bo są zajęci swoimi sprawami, a ja czuję się przez to czasami niewidzialny. Z początku denerwowało mnie to uczucie. Pewnego razu jednak poszedłem nad staw ze świadomością ludzkiej obojętności wobec mnie, choć prawdopodobnie sam ją sobie wmówiłem. Teraz to wiem, lecz wtedy nie wiedziałem. Czasem tu przychodziłem, aby wyładować swój gniew, żal czy nadmiar emocji i puszczałem kaczki z kamieni po nieco brudnej tafli wody.

Było to 15 kwietnia 2022 roku, wziąłem do ręki trzy płaskie kamienie, pochłonięty myślami o ludzkiej obojętności, pośpiechu, kłótniach podczas spaceru albo robienia zakupów, i wtem, rzucając trzeci kamień w wodę tak, aby odbił się chociaż ze dwa razy od niej i pomknął jak poduszkowiec, przypadkiem trafiłem wynurzającą się z wody, pluskającą rybę. Wyglądało to z brzegu, jakby dostała w głowę i wraz z siłą kamienia pomknęła z powrotem do stawu. Zbladłem. Ręce zaczęły mi się trząść, nogi tak samo, aż musiałem usiąść. Zabiłem rybę, prawdopodobnie dostała w łeb z taką siłą, która obezwładniła ją na dobre, a w dodatku kamień był dosyć ostry.

Siedziałem tak chwilę, myśląc o rybie, kamieniu, zbiegu okoliczności. Uspokoiłem się trochę, lecz wciąż myślałem o tym zdarzeniu. Można powiedzieć: „Przecież to tylko ryba, chłopcze”. Tak, wiem, wiem; lecz szanuję przyrodę i życie ogólnie, nie tylko ludzkie, ale i innych stworzeń, choć nie jestem wegetarianinem.

Przypomniał mi się wiersz Leopolda Staffa, w którym człowiek spędzał rzęsę z rzeki na brzeg, a potem zawstydził się, że marnotrawi czas, a następnego dnia uświadomił sobie, że to wcale nie marnotrawienie czasu, lecz czynność, zajęcie, albowiem gdy się czemuś oddajesz, rób to najlepiej, jak potrafisz, bez względu na ludzkie osądy oraz pouczenia. I nagle pojawiła się kolejna myśl, tym razem bardziej namacalna, a raczej odczuwalna, mianowicie uznałem, że po prostu denerwowałem się na swoją „niewidzialność” dla innych, bo pchała mnie ku temu pycha i wyniosłość. Tak to poznałem swoje dwie wady charakteru.

Tego dnia, wracając do domu, wszedłem do księgarni, wyszukałem zeszyt, który najbardziej mi się podobał ze wszystkich innych, a co więcej był inny od wszystkich innych. Wieczorem podpisałem go czarnym cienkim markierem – OBSERWACJE.

Od tamtego czasu nie rozstawałem się z tym zeszytem. Siadałem sobie na ławce w rynku, czasem w parku i, obserwując ludzi, wymyślałem im historie, zapisując je w swoim kajecie. Zdarzało się też, że ktoś do mnie się przysiadł, pytając co tam piszę. „Dzieje świata” – odpowiadałem. Czasem rozmowa ciągnęła się dalej, a czasem ów jegomość uśmiechał się szyderczo, mówiąc: „zajmij się lepiej czymś pożytecznym”. Słuchałem również i tego z uwagą, słysząc w głosie osądzającego mnie, pychę.

Pewnego razu podszedł do mnie redaktor gazety lokalnej i spytał, co tam piszę. Odpowiedziałem, że losy naszej ludzkości, kręcącej się po parku, po rynku, po mieście, po sklepach, po deptaku… Niektórzy dreptali tam i z powrotem jako folklor małomiasteczkowego rynku. Wszędzie się tacy znajdą, jak trzeba to zaraz pomogą, jak trzeba to w mordę biją; lecz przeważnie wychylają gdzieś pokątnie flaszkę taniego alkoholu.

Ów redaktor zerkał na mój zeszyt, próbując coś w nim przeczytać, po czym spytał, czy moglibyśmy pogadać przy coli, kawie, herbacie.

– Trzeba się na coś zdecydować – odparłem. – Ja decyduję się na coca–colę.

– Bystrzacha – stwierdził redaktor, gładząc się po spiczastej brodzie.

Nie tylko był on redaktorem, ale też wyglądał jak prawdziwy redaktor, mówił jak redaktor, akcentując właściwe sylaby, i panie tego, miał specyficzną, panie tego, manierę w głosie. Trochę mi było głupio, gdy mówił do mnie, gdy siedzieliśmy z napojami przy stole restauracji „Pod papugami”.

– Panie tego, czy zechciałbyś pisać po jednej historii do każdego tygodnika lokalnej naszej, panie tego, gazety.

Odpowiedziałem, nieco go przedrzeźniając:

– Panie tego, z chęcią.

Uśmiechnął się sympatycznie, zrozumiawszy mój żart, a że był człowiekiem, który potrafił nabrać dystansu do siebie jak i do innych, nie obrażał się za takie rzeczy.

To kolejna cecha, która mi się spodobała i postanowiłem ją przyjąć również do siebie, uświadamiając sobie jej wagę w życiu dnia codziennego, odświętnego i każdego jednego, jakby rzekł wielebny, ksiądz Tomasz Okruszek, każdego Bożego dnia.

Nie pracowałem jeszcze nigdzie, za to muszę przyznać, że dosyć często wagarowałem (ale to już inna historia), dlatego było to pierwsze poważne zajęcie, za które otrzymywałem rekompensatę pieniężną od, panie tego, redaktora ze spiczastą brodą. Moje imię i nazwisko zaczęło się pojawiać co tydzień na szóstej stronie lokalnej gazety.

Cóż, jednak od tamtej pory coś się zmieniło, nie powiedziałbym, że na gorsze; jednak mój młodzieńczy czas jakby przyspieszył. Ludzie zaczęli mnie zauważać, gdy pisałem w kajecie, siedząc w rynku na ławce. Przed ławką w rynku redaktor w porozumieniu z władzami miasta, postawił stoliczek, gdzie oprócz zeszytu mieściła się również cola lub kawa i czasem jak, panie tego, przechodził, a ja wówczas pisałem albo patrzyłem albo… trzeba się przyznać, oglądałem pornosy w telefonie; stawiał mi kawę albo colę na stoliku, a czasem i do tego drożdżówkę.

Dziewczęta w klasie również stały się dla mnie milsze, od zawsze bowiem kiedy pamiętam, miałem trudności w nawiązywaniu relacji damsko-męskich. Niektóre, co to w przykrótkich spódniczkach chodziły, same chciały wskoczyć mi do łóżka, zagadując o słodyczach, rurkach z kremem i soczystych pierożkach. Ha! Życie jest takie nieprzewidywalne.

Miałem jednak na uwadze słowa mojej babci Eleonory: „Nie spiesz się, synek, na wszystko przyjdzie czas”. Miała rację. Tego dnia, gdy wydałem pierwszy zbiór swoich opowiadań, wieczorem zaprosiłem Aleksandrę, najpiękniejszą dziewczynę w całej szkole, na randkę. Szedłem wolnym krokiem, rozmyślając o tej dziewczynie, ciesząc się jednocześnie też, że nie uległem kusym spódniczkom powodowany niecierpliwością młodzieńczą. Ciało jest ciało, lecz jak głosi Pismo Święte, i jakby to powiedział wielebny, ksiądz Tomasz Okruszek: „Nie samym chlebem żyje człowiek”. Tego wieczora chciałem, by spotkało mnie coś, czego jeszcze w życiu nie przeżyłem. Dzięki nowym doznaniom i uczuciom, które się we mnie budziły, życie staje się piękniejsze i ciekawsze.

Autor: Marcin Urbański

Zakurzony samochód – 1

Zakurzony samochód stał na parkingu. Równomiernie pokryty szarym pyłem nie wyróżniał się, wręcz wtapiał się w tło, jednak uważny obserwator zauważał jego wielką siłę, szlachetne serce i mądrą duszę.

Patrzył z szacunkiem na samochód, zastanawiając się, jakie trasy już przebył i jakie drogi są jeszcze przed nim.

A samochód odpoczywał przed kolejną podróżą. Wiedział, że niedługo ruszy z parkingu. Świat czeka na zdobycie i odkrycie jego skarbów. Będzie to dobre zarówno dla niego, jak i dla odkrywcy.

dla Jurka napisała Ewa Damentka

Kustosz z zainteresowaniem – 64

Kustosz z zainteresowaniem przyglądał się dużej paczce, która właśnie została dostarczona do muzeum. Było na niej wiele kolorowych naklejek i dużo pocztowych stempli – jakby przewędrowała pół świata.

Otworzył ją i zobaczył, że w środku jest bardzo smutna postać. Próbowała nie być smutna, ale to było bardzo trudne. Kustosz przejął się tym, co zobaczył i postanowił ją rozweselić. Pokazał jej piękne obrazy w muzeum, najpiękniejsze, jakie tu umieścił. Pomogło. Osóbka wyrwana z pudełka zobaczyła, że istnieje piękny świat poza nim i na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.

Autor: Gwiazdeczka

Turkot kołowrotka – 28

Turkot kołowrotka był cichutki. Niewiele osób go słyszało, a z nich mało kto zatrzymywał się, żeby zajrzeć do jaskini, w której przędła się jego osobista nić życia, która miała swój początek w doświadczeniach pewnej mądrej kobiety. Wyciągnęła ona wnioski z dotychczasowych przeżyć. Wzięła z nich to, co było dobre i wplotła w nić nowego życia.

Autor: Danuta Majorkiewicz

Księga zaklęć – 42

Księga zaklęć cierpliwie czekała na partnera, który ją dopełni. Wiedziała, że jej olbrzymi potencjał może ujawnić się tylko przy właściwej osobie. Dokładnie więc przyglądała się biorącym ją do ręki czytelnikom i czytelniczkom. Ku swojemu zdziwieniu odkryła, że przeznaczoną jej postacią jest zwykła szara biblioteczna myszka, która przebiegała po bibliotecznych półkach i przypadkowo musnęła ją ogonkiem. Odtąd za każdym razem, gdy myszka była w pobliżu, Księga odżywała, snuła kolejne opowieści i łączyła się ze Wszechświatem. Zrozumiała już, czemu to właśnie myszka miała ją dopełnić. Chodziło o to, by Księga była połączona z żywym stworzeniem, które nie ma wygórowanych ambicji i nie wykorzysta dla siebie zdobytej wiedzy, również nie wykorzysta tej wiedzy przeciwko ludziom i światu. Tymczasem myszka nawet nie zauważyła, że stała się ważna dla Księgi, choć dziwnym trafem oraz częściej koło niej przebiegała i trącała ją ogonkiem lub ocierała się o nią, przeciskając się między nią a innymi księgami.

Autor: Ewa Damentka