Lubię patrzeć na ludzi – 46

Lubię patrzeć na ludzi. Wielu z nich nie zauważa mnie, bo są zajęci swoimi sprawami, a ja czuję się przez to czasami niewidzialny. Z początku denerwowało mnie to uczucie. Pewnego razu jednak poszedłem nad staw ze świadomością ludzkiej obojętności wobec mnie, choć prawdopodobnie sam ją sobie wmówiłem. Teraz to wiem, lecz wtedy nie wiedziałem. Czasem tu przychodziłem, aby wyładować swój gniew, żal czy nadmiar emocji i puszczałem kaczki z kamieni po nieco brudnej tafli wody.

Było to 15 kwietnia 2022 roku, wziąłem do ręki trzy płaskie kamienie, pochłonięty myślami o ludzkiej obojętności, pośpiechu, kłótniach podczas spaceru albo robienia zakupów, i wtem, rzucając trzeci kamień w wodę tak, aby odbił się chociaż ze dwa razy od niej i pomknął jak poduszkowiec, przypadkiem trafiłem wynurzającą się z wody, pluskającą rybę. Wyglądało to z brzegu, jakby dostała w głowę i wraz z siłą kamienia pomknęła z powrotem do stawu. Zbladłem. Ręce zaczęły mi się trząść, nogi tak samo, aż musiałem usiąść. Zabiłem rybę, prawdopodobnie dostała w łeb z taką siłą, która obezwładniła ją na dobre, a w dodatku kamień był dosyć ostry.

Siedziałem tak chwilę, myśląc o rybie, kamieniu, zbiegu okoliczności. Uspokoiłem się trochę, lecz wciąż myślałem o tym zdarzeniu. Można powiedzieć: „Przecież to tylko ryba, chłopcze”. Tak, wiem, wiem; lecz szanuję przyrodę i życie ogólnie, nie tylko ludzkie, ale i innych stworzeń, choć nie jestem wegetarianinem.

Przypomniał mi się wiersz Leopolda Staffa, w którym człowiek spędzał rzęsę z rzeki na brzeg, a potem zawstydził się, że marnotrawi czas, a następnego dnia uświadomił sobie, że to wcale nie marnotrawienie czasu, lecz czynność, zajęcie, albowiem gdy się czemuś oddajesz, rób to najlepiej, jak potrafisz, bez względu na ludzkie osądy oraz pouczenia. I nagle pojawiła się kolejna myśl, tym razem bardziej namacalna, a raczej odczuwalna, mianowicie uznałem, że po prostu denerwowałem się na swoją „niewidzialność” dla innych, bo pchała mnie ku temu pycha i wyniosłość. Tak to poznałem swoje dwie wady charakteru.

Tego dnia, wracając do domu, wszedłem do księgarni, wyszukałem zeszyt, który najbardziej mi się podobał ze wszystkich innych, a co więcej był inny od wszystkich innych. Wieczorem podpisałem go czarnym cienkim markierem – OBSERWACJE.

Od tamtego czasu nie rozstawałem się z tym zeszytem. Siadałem sobie na ławce w rynku, czasem w parku i, obserwując ludzi, wymyślałem im historie, zapisując je w swoim kajecie. Zdarzało się też, że ktoś do mnie się przysiadł, pytając co tam piszę. „Dzieje świata” – odpowiadałem. Czasem rozmowa ciągnęła się dalej, a czasem ów jegomość uśmiechał się szyderczo, mówiąc: „zajmij się lepiej czymś pożytecznym”. Słuchałem również i tego z uwagą, słysząc w głosie osądzającego mnie, pychę.

Pewnego razu podszedł do mnie redaktor gazety lokalnej i spytał, co tam piszę. Odpowiedziałem, że losy naszej ludzkości, kręcącej się po parku, po rynku, po mieście, po sklepach, po deptaku… Niektórzy dreptali tam i z powrotem jako folklor małomiasteczkowego rynku. Wszędzie się tacy znajdą, jak trzeba to zaraz pomogą, jak trzeba to w mordę biją; lecz przeważnie wychylają gdzieś pokątnie flaszkę taniego alkoholu.

Ów redaktor zerkał na mój zeszyt, próbując coś w nim przeczytać, po czym spytał, czy moglibyśmy pogadać przy coli, kawie, herbacie.

– Trzeba się na coś zdecydować – odparłem. – Ja decyduję się na coca–colę.

– Bystrzacha – stwierdził redaktor, gładząc się po spiczastej brodzie.

Nie tylko był on redaktorem, ale też wyglądał jak prawdziwy redaktor, mówił jak redaktor, akcentując właściwe sylaby, i panie tego, miał specyficzną, panie tego, manierę w głosie. Trochę mi było głupio, gdy mówił do mnie, gdy siedzieliśmy z napojami przy stole restauracji „Pod papugami”.

– Panie tego, czy zechciałbyś pisać po jednej historii do każdego tygodnika lokalnej naszej, panie tego, gazety.

Odpowiedziałem, nieco go przedrzeźniając:

– Panie tego, z chęcią.

Uśmiechnął się sympatycznie, zrozumiawszy mój żart, a że był człowiekiem, który potrafił nabrać dystansu do siebie jak i do innych, nie obrażał się za takie rzeczy.

To kolejna cecha, która mi się spodobała i postanowiłem ją przyjąć również do siebie, uświadamiając sobie jej wagę w życiu dnia codziennego, odświętnego i każdego jednego, jakby rzekł wielebny, ksiądz Tomasz Okruszek, każdego Bożego dnia.

Nie pracowałem jeszcze nigdzie, za to muszę przyznać, że dosyć często wagarowałem (ale to już inna historia), dlatego było to pierwsze poważne zajęcie, za które otrzymywałem rekompensatę pieniężną od, panie tego, redaktora ze spiczastą brodą. Moje imię i nazwisko zaczęło się pojawiać co tydzień na szóstej stronie lokalnej gazety.

Cóż, jednak od tamtej pory coś się zmieniło, nie powiedziałbym, że na gorsze; jednak mój młodzieńczy czas jakby przyspieszył. Ludzie zaczęli mnie zauważać, gdy pisałem w kajecie, siedząc w rynku na ławce. Przed ławką w rynku redaktor w porozumieniu z władzami miasta, postawił stoliczek, gdzie oprócz zeszytu mieściła się również cola lub kawa i czasem jak, panie tego, przechodził, a ja wówczas pisałem albo patrzyłem albo… trzeba się przyznać, oglądałem pornosy w telefonie; stawiał mi kawę albo colę na stoliku, a czasem i do tego drożdżówkę.

Dziewczęta w klasie również stały się dla mnie milsze, od zawsze bowiem kiedy pamiętam, miałem trudności w nawiązywaniu relacji damsko-męskich. Niektóre, co to w przykrótkich spódniczkach chodziły, same chciały wskoczyć mi do łóżka, zagadując o słodyczach, rurkach z kremem i soczystych pierożkach. Ha! Życie jest takie nieprzewidywalne.

Miałem jednak na uwadze słowa mojej babci Eleonory: „Nie spiesz się, synek, na wszystko przyjdzie czas”. Miała rację. Tego dnia, gdy wydałem pierwszy zbiór swoich opowiadań, wieczorem zaprosiłem Aleksandrę, najpiękniejszą dziewczynę w całej szkole, na randkę. Szedłem wolnym krokiem, rozmyślając o tej dziewczynie, ciesząc się jednocześnie też, że nie uległem kusym spódniczkom powodowany niecierpliwością młodzieńczą. Ciało jest ciało, lecz jak głosi Pismo Święte, i jakby to powiedział wielebny, ksiądz Tomasz Okruszek: „Nie samym chlebem żyje człowiek”. Tego wieczora chciałem, by spotkało mnie coś, czego jeszcze w życiu nie przeżyłem. Dzięki nowym doznaniom i uczuciom, które się we mnie budziły, życie staje się piękniejsze i ciekawsze.

Autor: Marcin Urbański