Księga zaklęć – 34

Księga zaklęć cierpliwie czekała na partnera, który ją dopełni. Wiedziała, że jej olbrzymi potencjał może ujawnić się tylko przy właściwej osobie. Dokładnie więc przyglądała się biorącym ją do ręki czytelnikom. Analizowała każdego, kto choć przez chwilę trzymał ją w rękach.

Autor: Sokolik

Młoda kobieta – 473

Młoda kobieta zatrzymała się i z wahaniem popatrzyła na szyld nowego lokalu – „Klub Anonimowych Księżniczek – Zapraszamy”. Rozejrzała się niepewnie. Nikt nie zwracał na nią uwagi, więc trochę śmielej otworzyła drzwi i weszła do baru winnego. Zachwyciła ją jego niepowtarzalna atmosfera, więc z przyjemnością została. Właściciele baru tłumaczyli jak degustować wino. Jak oceniać kolor, zapach i smak, by wybrać odpowiednie. Młoda kobieta poprosiła o lampkę wina i zaczęła swoją przygodę degustacji. Delikatnie ujęła kieliszek za nóżkę. Zakręciła nim, po czym uważnie przyglądała się czerwonemu trunkowi. Oceniła jego kolor i przejrzystość. Powąchała raz i drugi. Wzięła łyk do ust i z uwagą analizowała smak. Zaangażowała wszystkie swoje zmysły w kosztowanie wina. Porównywała z winami, które dotąd piła. W czasie degustacji wino ujawniało coraz więcej swoich walorów. Odnajdywała w nim smaki i zapachy owoców, ziół a nawet kwiatów. To było bardzo zaskakujące i sprawiało wiele satysfakcji w ich odnajdywaniu. Odtąd często odwiedzała winny bar i wybierała wina z pełną świadomością.

Autor: Danuta Majorkiewicz

Turkot kołowrotka – 11

Turkot kołowrotka był cichutki. Niewiele osób go słyszało, a z nich mało kto zatrzymywał się, żeby zajrzeć do jaskini, w której przędła się jego osobista nić życia, która z tego powodu, że przędła się w jaskini, niezbyt zachęcająco wyglądała. Dlatego też mało kto odważał się tu zajrzeć. Możliwe, że tak miało być, ponieważ tylko nieliczni potrafili tę nić odczytać.

Autor: Gwiazdeczka

W dolinie – 80

W dolinie leżało ciche, senne miasteczko. Jego mieszkańcy spali, odpoczywając przed kolejnym pracowitym dniem. Rozświetlone było tylko jedno małe okienko na poddaszu. Wewnątrz, w jasnym pokoiku, wszystko się mogło wydarzyć. Płatki róż mogły zaścielić podłogę niczym czarodziejski puch. Żółty pył mógł prószyć z sufitu i brylować w powietrzu. Stoliczek mógł sam się nakryć i zapraszać na ucztę. Mogło to zdarzyć się wszystko, jednak tym razem nie zdarzyło się nic, a rano światło zgasło i zaczął się nowy dzień.

Autor: Gwiazdeczka

Turkot kołowrotka – 10

Turkot kołowrotka był cichutki. Niewiele osób go słyszało, a z nich mało kto zatrzymywał się, żeby zajrzeć do jaskini, w której przędła się jego osobista nić życia, która zależała od fachowości, koncentracji, uprzejmości i życzliwości Prządki, która przędła cały czas. Nawet nie mogła napić się herbaty, zjeść obiad, porozmawiać z rodziną, pójść na spacer, czy też się zdrzemnąć. Tkała i tkała, całe dnie, całe noce… Tkała, tkała, tkała… Chciałabym poznać moją Prządkę i osobiście podziękować jej. A Ty, jak myślisz? Warto ją poznać?

Autor: Kokoryczka

Księga zaklęć – 33

Księga zaklęć cierpliwie czekała na partnera, który ją dopełni. Wiedziała, że jej olbrzymi potencjał może ujawnić się tylko przy właściwej osobie. Dokładnie więc przyglądała się biorącym ją do ręki czytelnikom.

Przyśniło się kiedyś owej księdze, że potrafi latać.. Sen powtarzał się dość nachalnie, choć ona zdawała sobie sprawę, że nie jest rzeczywistością. Był jednak na tyle silny, że nie mogła go zignorować. „Jestem tylko księgą, nie mogę latać” – myślała.

Może kiedyś ktoś będzie wiedział, co znaczy ten sen…

Autor: Gwiazdeczka

Dawno dawno temu – 59

Dawno, dawno temu, kiedy czas był jeszcze młody, a wszechświat dopiero się formował, biały kamień myślał nad filozofią swojego życia, nad sensem swojego istnienia.

Nie bardzo wiedział, w którą stronę idą zmiany zachodzące dookoła. Czasem w oddali coś rozbłyskało jak wielka pochodnia. Biały kamień bał się wtedy, że to powrót smoka, którego jeszcze nie wymyślono…

Aby bardziej zrozumieć filozofię, a co za tym idzie byt białego kamienia, należy tutaj dodać, iż biały kamień wiedział o pewnych rzeczach, o bytach, które zaistnieją w przyszłości. Nie wiedział tylko o jednym… Nie było jeszcze wtedy nazw. Piasek nie nazywał się jeszcze piaskiem, choć biały Kamień wiedział, że to piasek. Wiedział tak dużo, że na tamten czas (na tamten jak i na ten i na każdy inny zapewne) mógłby z powodzeniem zostać profesorem nadzwyczajnym, zwyczajnym lub jakimkolwiek by chciał; mógłby również być profesorem Białym, profesorem Jedynym, profesorem Resorem czy innym Doktorem.

Wiedział o istnieniu dźwięków, bo przecież je słyszał. Naokoło w przestrzeni coś się poruszało, a wszystko miało swoje dźwięki, a nawet potrafiło zmieniać tonacje, w zależności od tego czy znajdowało się blisko Kamienia czy daleko. Kamień lubił dźwięki, właściwie z nimi tylko rozmawiał, oczywiście rozmawiał też ze sobą i ze sobą najlepiej się mu rozmawiało. Najlepiej z wszystkich, którzy go znali, rozumiał siebie. A prawda jest taka, może trochę dziecinna, zbyt odległa, nawet jak na dawne czasy; że Kamień znał tylko siebie samego i on sam tylko siebie znał. Miał tylko jednego kumpla, przyjaciela zarazem, spowiednika, towarzysza zabaw; miał tylko siebie.

* * *

– Jakie to smutne – powiedziała mała Ada ubrana w piżamkę pokrytą spadającymi gwiazdami, chowając jednocześnie twarz w dłoniach, gdy kilka tysięcy lat później, mama, a właściwie Pani Matka, wykształcona osoba, umiejąca czytać i pisać; czytała jej tę bajkę o powstającym wszechświecie.

Po przeczytaniu wieczornej dobranocki córce, Pani Matka nie zawsze pozwalała jej zasnąć od razu, musiała wpierw zadać kilka pytań, dotyczących danych zawartych w tekście; gdzie pojawiał się czasownik, rzeczownik, przymiotnik oraz jakie cechy określały głównego bohatera owej bajki.

– Jakie to smutne – wyszeptała Ada, gdy Pani Matka zamknęła książkę, akcentując tym zamykający się dzień i bezdyskusyjny nakaz spania. Jutro bowiem Pani Nauczycielka, wielce szanowna Pani Frauden ma pytać dzieci przy tablicy z podstaw języka migowego i poznanych w tym roku szkolnym roślin, kwitnących w ogrodzie szkolnym. Ogród ten był tam od zawsze od kiedy Ada pamięta, ale także od kiedy pamięta jej mama, tata, babka susząca zioła na sznurkach.

– Jakie to smutne być samemu na tym świecie, mamo, tak jak ten biały Kamień.

Chowając twarz w dłoniach rozpłakała się i poczuła się tak, jakby była odrzucona, odrzucona przez świat, przez ludzi, nawet przez Boga samego. Nie mówiła nic Pani Matce, bo wiadomo, że ta wezwałaby Ojca, doktora medycyny, wielce szanowanego Pana Kutasa, który czasem ze swojej przychodni, założywszy okulary z niebieskimi ramkami i zakładając pulowerek zamiast marynarki. udawał się do pacjenta lub do pacjentki. Pacjentki te miały zapewne dużo atrybutów kobiecości, lecz ich imiona: Andrzej, Łukasz, Tobiasz nie miały w sobie nic do zarzucenia, gdy Szanowny Pan Kutas badał Andrzeja stetoskopem po klatce piersiowej i podniebieniu.

* * *

„Podniebienie” – to słowo pomyślał Biały Kamień, gdy przypomniał sobie o istnieniu małej Ady, która za wiele wiele czasu, zostanie kochanką Białego Kamienia. Nie wiedział, jak to się stanie, ale przeczuwał, że tak właśnie się stanie, chociaż jak dotąd nawet nie wiedział, kim są ludzie.

„Dziwna historia” – zaszumiał słowami wiatr i jeszcze raz zaszumiał: „dziwna historia, naprawdę”. I ucichł. Kamień westchnął i już chciał się jakoś odnieść do tych zasłyszanych dźwięków, słów, myśli, gdy nagle wiatr znów świsnął, inaczej podrywając do lotu swój głos: „Ja też ją znam, dziwna historia, dziwna naprawdę”.

– Jak to ją znasz? – powiedział kamień – przecież ja jej nawet nie znam, chociaż mam ją poznać dosyć blisko. Wiem, że płakała, gdy myślała w przyszłości o mnie z przeszłości.

– Ja też ją znam, dziwna historia, dziwna naprawdę – odpowiedział wiatr i zapytał – A skąd ją znasz Biały Kamieniu? A skąd w ogóle ta pewność, że jesteś Białym Kamieniem, że jesteś jakiś wybrany, wszechwiedzący? Wszechświat powstaje, zobacz, a Ty? Może to ty jesteś właśnie tym wszechświatem, który powstaje z wyobrażonych myśli, odpadów, kurzu, który na tobie osiadł… Wybacz Biały Kamieniu, nie jesteś Wszechświatem. Tam w oddali, może zobaczysz, spójrz w lewo, widzisz literki? Jak ciągle wstają i upadają.

– Tak, tak – wytężył wzrok Kamień. – Bo chcą ułożyć alfabet, dlatego wciąż się przepychają i nie mogą dojść do porozumienia.

Wiatr aż przestał dmuchać, ucichł, oparł się o byt niczego nieokreślonego i zawisł tak w próżni, czekając jakby na wyjaśnienie, a przynajmniej tak to wyglądało; ale wyjaśnienie nie przychodziło.

– Hej, halo jesteś?

Nie słysząc odpowiedzi, ale przecież wciąż widząc ten wiatr, jakby za chwilę miał znów dmuchnąć szczyptę cwaniactwa, Kamień posmutniał. Oto przez chwilę, nie mierzoną w latach, dniach, tygodniach, wschodach słońca, które też nie zachodziło; przez tę chwilę miał kompana do rozmowy. Wiatr mówił, wzdychał i wywiewał niezrozumiałe a jednocześnie ciekawe słowa: „Literki”, „To bardzo dziwne, ja też ją znam, To bardzo dziwne…” Wiatr. Teraz ten sam wiatr, a może już inny zupełnie, jest tu, jest materią, nie rusza się, nie oddycha.

Biały Kamień nigdy nie ukazywał swoich uczuć, a przynajmniej nikt, oprócz jednej osoby w całym Wszechświecie, nie widział w nim, w Białym Kamieniu ani łzy, ani śmiechu, ani złości, ani nic, po prostu nic. Masz twarz jak kamień, jak biały kamień. Nie widać w tobie nic, żadnych uczuć, żadnych emocji, jesteś totalnie bez serca…

Tymczasem kamień, słysząc te słowa, nie wiedział nawet, czy przeżyje, czy przeżyje te wszystkie uczucia, które rwą się ku światu, ale nie mają którędy wyjść – tak jak emocje. Kamień bardzo cierpiał, lecz nikt o tym nie wiedział, bo i kogo to obchodziło, skoro każdy przepychał się, by stanąć tylko na czele alfabetu; by najważniejsze miejsce zająć we Wszechświecie. Myślały rzeczy, że gdy zajmą tę „wywalczoną”, „konieczną”, „niepodważalną” pozycję we Wszechświecie, wszyscy inni będą im poddani, a żadne uczucia, emocje, żadne nic, żadne tam „boli mnie”, „źle się czuję”, „pomóż proszę”, „chcę być częścią twojego Wszechświata” – żadne takie tam mruczenia i marudzenie nie miało mieć miejsca w tych niezachwianych pozycjach swoich racji. Kamień bardzo cierpiał. Tym bardziej, że był chyba jedynym istniejącym bytem w tym wszechświecie rzeczy, który sobie uzmysławiał jedną prawdę pozycji nienaruszonych. Przecież każda Pozycja i każda Rzecz miała swoją prawdę. I chociaż rzeczy rozlokowały się wygodnie na swoich kanapach, fotelach, gwiazdach, planetach, mrugających światłach, to po pewnym czasie, nieokreślonym przez lata, dni, noce, zachody słońca – lecz określone jedną myślą – prawdy te zaczęły upominać się o swoje racje. Robiło się coraz głośniej, nieprzyjemniej, kłopotliwiej, gdy prawdy zaczęły upominać się o swoje racje. „Tak właśnie będą upominać się ludzie o swoje »prawdy«” – pomyślał Kamień, Biały Kamień. I wiedział już, że tak będzie. Określała to jedna myśl Białego Kamienia, a właściwie to myśl wszechobecna i wszech bezsenna, myśl tworzącego się wszechświata – śmierć.

Kamień aż zaczął się pocić, gdy dokonał tego odkrycia, patrząc na wiatr, zastygły w bezistnieniu. Mówił do niego:

– Przyjacielu, powiedz coś.

A tamten milczał, jakby zamyślił się nad tworzącym hierarchię ważności alfabetem. ALFABET.

* * *

Pani Frauden pyta o alfabet migowy. Pani Frauden nie znosi sprzeciwu, jest dominą w zwierzęcym świecie seksu i narkotyków. Każdy, kto przekracza próg wolności, zmierzający ku Pani Frauden, musi znać alfabet migowy. A przecież w odległym Wszechświecie nie było żadnej Pani Frauden, żadnego języka migowego, żadnego alfabetu, żadnej amunicji, sztuk walki. Były jednak prawdy podzielone. Ile prawd, tyle przestrzeni. I oto Pani Frauden wybrała sobie jedną z nich, i zawładnęła nią, tak jak włada się nożem, pełnym portfelem pieniędzy i rachunkiem bez salda końcowego w Banku Millennium. Pani Frauden to dopiero początek kar, początek amunicji, początek wycinki lasów na Ziemi.

* * *

Biały Kamień rzeczywiście za długo zamyślił się nad tworzącym hierarchię ważności alfabetem; mógł przecież spytać Jana Brzechwy, który akurat dyrygował wpadającymi w przestrzeń Wszechświata, elementami czasu. Nie mamy teraz czasu na to by je nazywać, wszystko działo się tak szybko…

Wszystko działo się tak szybko, że grabarz, nawet nie wiedząc o tym, że począł nosić nazwę grabarza , powiedział do Białego Kamienia:

– Kolego, ten wiatr to tu sobie nie pohula.

* * *

Rzeczywiście, ziemia przykryła zamknięte wieko trumny i chociaż gdzieś nad głowami szeleściły liście, Ada żegnała łzą płynącą po policzku swoją babcię, jedyną przyjaciółkę, jaką miała w dziecięcym życiu.

Babcia zostawiła Adzie czarną sakiewkę, z zawieszonym rzemykiem, tak iż można było ją nosić jako amulet, jako ozdoba, jako pamiątka. W sakiewce tej znajdował się Biały Kamień, który krył w sobie tyle tajemnic, że Babcia jako praprawnuczka Wszechświata nie ośmieliłaby się go przekazać ani Pani Matce, ani Panu Doktorowi Kutasowi, ani kolekcjonerowi szlachetnych kamieni, który widział w nich tylko, a na pewno przede wszystkim pieniądz, który zaczął rządzić światem, odkąd grabarz przyjął pierwsze zlecenie.

Ada po raz pierwszy założyła na szyję czarną sakiewkę, w której znajdował się Biały Kamień, w dniu pogrzebu babuni. Babcia to stara kobieta, która, wydawałoby się, że przez cały czas była babcią. Babcia, ta stara kobieta, mówiła Adzie, że czas tak naprawdę nie jest ważny, najważniejsze jest to, jak bije nasze serce. Opowiedziała też historie o Białym Kamieniu, któremu wmawiano, że nie ma serca. „Jesteś bez serca” – mówili – „bez serca…”. A on wtedy tak strasznie cierpiał, a legenda Wszechświata głosi, że i płakał.

Tej nocy Adzie śnił się Biały Kamień, kąpiący się w górskim strumieniu. Początek snu był bardzo przyjemny, wiał delikatny wietrzyk, przez korony drzew przeświecały ciepłe, jasne promienie słońca. Nagle jednak wiatr gdzieś uleciał, nastała cisza. Słychać było tylko, jak bystra woda opłukuje Biały Kamień z kurzu, pyłu brudu; a on staje się jakby coraz bardziej Biały, jakby coraz bardziej ludzki.

Ada miewała ten sam sen kilka razy do roku, przeważnie jesienią lub gdy zmieniała się pora roku albo ktoś z jej bliskich odchodził z tego świata.

Z czasem, gdy we śnie podchodziła do kamienia, zanurzając bose stopy w strumieniu, coraz wyraźniej słyszała bicie serca dochodzące z wnętrza kamienia.

Historia, historią.

Uczucie, uczuciem.

A prawda…

Autor: Marcin Urbański

Turkot kołowrotka – 9

Turkot kołowrotka był cichutki. Niewiele osób go słyszało, a z nich mało kto zatrzymywał się, żeby zajrzeć do jaskini, w której przędła się jego osobista nić życia, która była zwiewnymi, delikatnymi myślami. Prawie nieuchwytnymi. Nić ta była osią marzeń.

Przyszedł czas, kiedy mała dziewczynka zapragnęła być tancerką. Nikomu o tym nie mówiła. A jej pragnienie wzrastało, jak ziarno wrzucone w glebę. Często radosna kręciła się wokół własnej osi, wsłuchana w śpiew ptaków, szum drzew i podmuchy wiatru. Przyszedł czas, gdy poszła do szkoły. Był w niej zespół tańca. Zaczęła w nim tańczyć. Były to jej pierwsze kroki do kariery tancerki. I to właśnie wytyczyła jej osobista nić życia.

Autor: Danuta Majorkiewicz

W dolinie – 79

W dolinie leżało ciche, senne miasteczko. Jego mieszkańcy spali, odpoczywając przed kolejnym pracowitym dniem. Rozświetlone było tylko jedno małe okienko na poddaszu. Wewnątrz, w jasnym pokoiku, piorun strzelił w rabarbar, zamieniając go w podpalony różowy pióropusz. Wyglądał nieziemsko, gdyby tylko ktoś mógł go zobaczyć! Niestety, wszyscy mieszkańcy miasteczka pogrążeni byli w głębokim śnie i rabarbarowy pióropusz mógł jedynie sam podziwiać siebie w lusterku wiszącym na ścianie pokoju.

Autor: Gwiazdeczka

Turkot kołowrotka – 8

Turkot kołowrotka był cichutki. Niewiele osób go słyszało, a z nich mało kto zatrzymywał się, żeby zajrzeć do jaskini, w której przędła się jego osobista nić życia, która co jakiś czas zatrzymywała się. Robiła to po to, aby dać swojemu człowiekowi możliwość przemyśleń i ewentualne zmiany życiowych wyborów. Potem zaczynała prząść się od nowa, zgodnie z wolą człowieka, który chciał tworzyć przyszłość.

Autor: Sokolik